poniedziałek, 5 września 2016

NKL Warszawa – otwarty nabór

Szanowny orientalisto, Szanowna orientalistko,

wychodząc naprzeciw oczekiwaniom środowiska ogłaszam otwarty nabór do nowo powstałego klubu NKL Warszawa. ;) 

Jeśli:
- ominąłeś punkt
- zaliczyłeś NKL
- narobiłeś sobie wrogów w klubie
- jesteś obiektem żartów i drwin
Może być tylko gorzej. Orientacja nie wybacza i orientacja nie zapomina. Ślad z GPS i NKL przy nazwisku przetrwają dłużej niż Wielka Orkiestra Owsiaka.
Jeśli:
- masz dosyć wypominania TYCH zawodów i TEGO punktu
- czujesz w sobie sportową złość
- obiecujesz dożywotnie skupienie i natychmiastową poprawę
daj znać i dołącz do mnie. W ciągu roku będziemy najliczniejszym klubem w Polsce, skupiając pasjonatów, medalistów MP i reprezentantów Polski.

To ogłoszenie to oczywiście ŻART. Niemniej jednak NKL przy klubowej sztafecie stał się faktem, a całą niechlubną zasługę można przypisać Ślusarczyk. Jak już zaczyna jej się wydawać, że coś łapie, że coś rozumie pojawia się TO -> nkl. Nie ma co się dziwić skoro Żółtodziób prezentuje biegowy poziom seniorki, techniczny juniorki i doświadczenie dziecka starszego.

Koledzy i koleżanki z OK!Sport kolejna sztafeta klubowa, o którą mam nadzieję, że będę walczyła dopiero za rok. Wierzę, że do tego czasu przetrawicie. Wierzę, że wybaczycie. Bo o puszczeniu w niepamięć raczej nie mam co marzyć.

wtorek, 23 sierpnia 2016

Mistrzostwa Świata bez fajerwerek


Bezsilność to najgorsze uczucie w sporcie. Dopadło i mnie niestety na Mistrzostwach Świata w Szwecji. Na szczęście nie było tego widać dla kibiców z Polski. Dzięki relacji GPS można było śledzić poczynania kropki przesuwającej się po mapie i tak się właśnie czułam na tych mistrzostwach, jak mała kropka. Nie było mocy, nie było walki, było tylko rzeźbienie w czymś czego nie było. Nastawienie przed MŚ bojowe jak rok temu, ale coś nie zagrało jak należy. W 2015 była super moc, czułam że latam, czułam że mogę wszystko, czułam, że mogę nadrobić każdy błąd.... teraz było tylko nastawienie i rzeźbienie finiszu.

poniedziałek, 1 sierpnia 2016

OOcup - nowe doznania orientalisty



Wyjazdem żyłam już od kilku tygodni. Mniej ważne było 5 dni biegania, 3 kraje, hardy teren. Ważniejszy był tydzień urlopu z ludźmi, których uwielbiam i z którzy zarazili mnie pasją.

Naturalnym odruchem dla nas po kilku godzinach spędzonych w samochodzie był chill, przejrzenie miasteczka, obiad i bieganie... Ot takie zwyczajne, niehamowane przemieszczanie się gdzieś przed siebie, gdzieś w stronę gór. Ta chęć zaprowadziła mnie i Kubę pod skocznię, a obiekty w Planicy są na prawdę imponujące. Na dole wahaliśmy się tylko sekundę bo w kolejnej już wspinaliśmy się po schodach na belkę startową. Patrząc w dół podziwiałam skoczków, ich odwagę, automatyzm i opanowanie. Wybrali sport, w którym do perfekcji należy opanować 5 sekund swojego życia. 5 sekund, w ciągu których zjeżdżają, odbijają się, lecą i lądują. Sport tak odmienny od wolności biegania, wolności wyboru wariantu, rozmaitości rzeźby terenu. Bez dwóch zdań - wybieram bieganie :)

poniedziałek, 11 lipca 2016

Wawel Cup czyli pierwsza pięciodniówka "żółtodzioba"

Jeśli ktoś pół roku temu powiedziałby mi, że będę biegała na przełaj po lasach.
Zaśmiałabym się.
Jeśli ktoś pół roku temu powiedziałby mi, że będę przedzierała się przez bagna i pokrzywy. Zaśmiałabym się.
Jeśli ktoś pół roku temu powiedziałby mi, że będę zbiegałam po urwiskach skalnych.
Zaśmiałabym się.
Jeśli ktoś pół roku temu powiedziałby mi, że będę takie rzeczy robiła ze skręconą kostką.
Nie przestałabym się śmiać przez długi, długi czas.

A jednak :)

Foto: Robert Zabel
Decyzję o starcie w Wawel Cup podjęłam grubo ponad miesiąc temu. Czynnik przekonujący był dosyć prosty: 5 dni biegania z mapą, 5 dni myślenia wariantami, 5 dni bezcennej nauki, a w tym wszystkim 1 bieg miejski.

Wyjazd nie obył się bez niespodzianek.... Gdy zbliżaliśmy się do Krakowa nawigacja zasugerowała odbicie na zachód i mniejszymi drogami ominięcie korkującego się wjazdu do miasta. Szacowany czas przyjazdu 14:09, godzina zerowa startu 15:00. Brzmi sensownie. Problem pojawił się gdy w trakcie przejazdu tymi 'mniejszymi dróżkami' padła bateria w moim telefonie, a Krystiana nie mógł złapać sygnału GPS.... historia powtórzyła się jeszcze 15 minut później i tak o to z szacowanej godziny 14:09 zrobiła się 14:44. Niemniej jednak dojechaliśmy :)

wtorek, 28 czerwca 2016

Triathlon - Mistrzostwa Polski Age Group

    Mimo maksymalnego wkręcenia w orientację nie można poprzestać na jednym sporcie. Ludową prawdą jest bowiem, że multi jest w cenie ;)

 
Zdobywcy podium w klasyfikacji wiekowej w Kraśniku.
   Jak zaczął się mój romans z triathlonem? Banalnie. Równo rok temu postanowiłam spróbować czegoś nowego (przypominam, że świeżynka nie znała jeszcze BnO). Zaczęłam od znalezienia roweru. Jeden w 100% mnie zachwycił: pasował kolor, styl, stan i cena. Mając rower (wiadomo, że jak niebieski to sam jeździ ;) ) mogłam na poważnie myśleć o wyborze terminu i miejsca. Debiut miał miejsce w Kraśniku pod koniec sierpnia 2015.

Upał, wielka niewiadoma, 110% mocy i 4 miejsce w generalce. Wrażenia? Nigdy wcześniej nie czułam w jeden chwili sprzecznych: emocji bezgraniczne szczęście i nieziemskie zmęczenie, totalna duma i sponiewierane ciało. Obiecałam sobie, że za rok wrócę! Wrócić niestety nie dam rady (ze względu na wyższość relacji przyjacielskich z Olgą S.) ale Maro zaproponował zastępstwo. Za 3 tygodnie w Suszu miały odbyć się Mistrzostwa Polski Age Group, co świetnie wpasowywało się w ideę mistrzowskiego czerwca.

piątek, 24 czerwca 2016

5bój - pierwszy start

Pierwsze koty za płoty jak to się mówi. W tym tygodniu miałam swój pierwszy start w zawodach międzynarodowych z 5boju. Mogłam zobaczyć poziom zawodowców, przy których moje 3 miesiące przygotowania są niczym. Cel prosty poczuć na własnej skórze jaki ze mnie laik :) 
5 konkurencji w 3 dni. Zapowiadała się świetna zabawa, choć jak to bywa nie zawsze jest pięknie. Przez 2 tygodnie mogę powiedzieć że nic nie trenowałam. Najpierw wylądowałam na antybiotyku a potem byłam po nim tak bardzo osłabiona, że przez kolejny tydzień nie potrafiłam zrobić kilometrówek poniżej 3'40". Wprowadziłam tuż przed wyjazdem dietę, zaczęłam stosować odpowiednią suplementację, bo musiałam być nieco wypłukana ze wszystkiego oraz dużo spałam.
Nie wystartowałam w wodnym i lądowym torze przeszkód, bo na treningu przed startami runęłam na nadgarstek, który niedawno co wyleczyłam z problemów (więzadło). Niestety bolał i znowu pojawił się ten sam dyskomfort, choć na szczęście nie na takim samym poziomie bólowym jak wcześniej.
Strzelanie na 200m

czwartek, 23 czerwca 2016

Mazurskie Tropy 2016


   Budzik 5:00 rano, sobota, 11/06. czy ja idę do pracy? o co chodzi?! aaaaa! tak! już wiem:) Mazurskie Tropy czekają na zdobycie! Kawa, to i tamto, karimata, co tam jeszcze? aaa! kompas! no to by była niezła wtopa... Jedziemy. droga pusta, załoga w komplecie.
Nawiady. Okolice słynnej Krutyni. Start za godzinę. Tym razem krótki, jak na piesze maratony na orientację dystans, 25km.
Dobry humor, znajome twarze (a może raczej nogi?;)) ), nic tylko biec i się cieszyć. Są i mapy. Sekundy na przemyślenie trasy. Na 25 km wielkiej filozofii nie ma. Jak biegniemy? z lewej czy z prawej? Krótkie konsultacje jak się dostać do pierwszego punktu i w drogę. Start. Ruszam z Iloną, Martą i Krysią. Chcemy oderwać się  od całego peletonu. Kusi żeby biec szybko choć to nie jest najlepsza taktyka na długi dystans. ale co tam! Wiatr we włosach. Po kilku kilometrach jest nas garstka. Mapa gra. I dobrze bo to turystyczna 50tka, na szczęście organizator wybiera dobre mapy. Compass nie zawodzi. Punkt łapiemy w 3 osoby (potem się okaże, że to był zdobywca 2 m-ca w M, Romuald, zdobywczyni 1szego w K, Ilona, i ja). Już na tym etapie ucieka nam  zwycięzca  i jak się okaże nie będziemy mieli już z nim więcej kontaktu na trasie. Dookoła wspaniały, pofałdowany, raz lepiej raz gorzej przebieżny, świerkowy, mazurski las. Trochę tniemy po mchach, porostach i jagodzinach, ale większość drogami leśnymi. Punkt nad brzegiem jeziora nie sprawia kłopotów, biegniemy dalej, już tylko we dwójkę. Atakuje nas raz słońce raz deszcz. Na szczęście nie duży. Ażurowy, biało-żółto-czarny dederonik sprawdza się świetnie. Kolejny punkt wpada łatwo. Zabagnioną łąkę pokonujemy trudno odnajdywalną groblą tym przyjemniej zachować wciąż suche stopy. Nie na długo. Następny PK usytuowany na przepuście na jednym z kilku leśnych bagiennych kanałów nie tylko moczy mi nogi ale i skutecznie mnie osamotnia. Rozeszliśmy się w poszukiwaniu punktu i od tej pory jestem zdany na siebie. O Marszałek! Masz za swoje!, teraz zobaczymy co z ciebie za orientalista.